Po wielu miesiącach oczekiwania, wreszcie jest – pierwszy odcinek ostatniego sezonu Agentów. Wprowadzenie do “ostatniej misji” drużyny już od początku buduje pożegnanie z serialem, w ikonicznym już dla Agentów stylu.

Uwaga na spoilery!

Wraz z początkiem siódmego sezonu zaczynamy serię cotygodniowych tematów dyskusyjnych o odcinkach Agentów. Nie będą to czyste recenzje, a raczej swobodne przemyślenia, dotyczące wrażeń po obejrzeniu odcinka.

Już od samego początku widać, że sezony szósty i siódmy planowane były jako spójna całość – S07E01 zaczyna się bezpośrednio tam, gdzie zakończył się poprzedni sezon. Od razu też rozwija historię, nie zatrzymując się na samej idei LMD Coulsona, a traktując go jako nową wersję tej postaci. Emocjonalnie rozegrano jego “narodzenie”, bezpośrednio odwzorowując reakcje fanów – ciężko stwierdzić, czy po tak dobrym zakończeniu historii w sezonie piątym, odrodzenie Coulsona jest dobrym pomysłem. Z drugiej strony, Phil był zawsze sercem serialu, a stworzenie jego LMD jak najbardziej logicznym krokiem w obecnej historii. I ten sam dylemat przeżywają bohaterowie – nie wiedzą co o tym myśleć. Sam “nowy” Coulson czuje, że będzie to wyjątkowo ciężka sytuacja dla drużyny.

I to właśnie jest wspaniałe w Agentach. Twórcy nigdy nie idą prostą ścieżką, ale taką, która odzwierciedla emocje fanów i dbają o każdy szczegół. Nowe ręce Yo-Yo mogły być szybkim przejściem do jej “uzdrowienia”, ale i tutaj znalazło się miejsce na wzruszającą scenę odzyskania dotyku, zwłaszcza po poprzedniej chwili radości z powrotu do zdrowia. Także sama postać kolejny raz odzwierciedla przemyślenia fanów w stosunku do takich rozwiązań – “nie chce po prostu udawać, że to się nigdy nie stało”.

Myślę, że w odpowiednim stopniu wyważono właściwy ton pomiędzy skrajnościami – przejściem do akcji z nowym Coulsonem, a rozczulaniem się nad jego istotą. Dostaliśmy jego osobistą rozmowę z Daisy, a także aktywnie starego, dobrego Phila z charakterystycznym dla siebie humorem. I o ile właśnie obawiałem się, czy przywrócenie go do życia nie będzie wydawało się tanią zagrywką przez cały odcinek, albo i resztę sezonu, to już po pierwszych “coulsonowych” tekstach i zaznaczonych dylematach postaci uznałem, że chyba najwyższy czas całkowicie przestać wątpić w showrunnerów.

I humor. Pomimo tego, że każdy czuje się dziwnie, dalej wszystko prowadzone jest naturalnie, bez sztucznego patosu. Duet Deke i Daisy, wszystkie teksty Enocha czy właśnie Coulson. Wszystko to tworzy strasznie przyjazną, bliską atmosferę, do której właśnie przyzwyczaili nas Agenci. Ten odcinek prezentuje właśnie sedno klimatu serialu – showrunnerzy wykorzystują rodzinną atmosferę produkcji i przywiązanie fanów, aby ci jednocześnie troszczyli się o postacie i śmiali się bardziej z nimi, niż z nich.

Ale do rzeczy – mamy nową przygodę, Agenci próbują powstrzymać Chronicomów przed wymazaniem T.A.R.C.Z.Y. z historii. Swoją drogą, odkrywanie historii tytułowej organizacji idealnie wpasowuje się jako ostatni wątek serialu. Sami Chronicomowie są też na szczęście dużo lepiej i bardziej charyzmatycznie przedstawieni niż w szóstym sezonie, kiedy zdawali się jedynie przeciągać niektóre wątki.

Każda postać dostała też wystarczająco czasu dla siebie – Deke pokazał się od swojej inteligentnej strony, nie rezygnując z humoru. Mack i Daisy byli w centrum emocjonalnej narracji, a także zabawnie odnosili się do seksizmu i rasizmu lat 30., co kreatywnie towarzyszyło przez odcinek. Wyjątkowo interesująca jest także postawa Jemmy, o której przygodach w czasie niewiele wiemy. Skąd jej powaga, skąd jej bezpośredniość? Może spędziła lata próbując wrócić do drużyny, a może sama jest LMD/Chronicomem?

Fanów ucieszy też na pewno nowy wątek Hydry, a także niewyjaśniony jeszcze powrót Pattona Oswalda jako kolejnego Koeniga. Twórcy wyraźnie skupiają się na nagradzaniu wieloletnich fanów, niż na próbie przyciągnięcia nowych, tworząc wątki oparte na poprzednich sezonach, wykorzystujące Toolbox Fury’ego czy historię Malicka. Cieszą też małe smaczki jak kreatywna karta tytułowa i zmieniony soundtrack. A sama końcówka, zarówno wątek tajemniczego serum, jak i May – czym by byli Agenci bez swoich cliffhangerów?

Mimo wszystko zaskoczeń nie było, ale to już jest bardziej związane z marketingiem serialu niż samą pracą scenarzystów – nawet końcowy zwrot akcji z koniecznością uratowania Hydry był już zdradzony w zwiastunie. Z drugiej strony może to świadczyć o wielkich zmianach w kolejnych odcinkach, których nie chcieli pokazywać w spotach, co może być lepszym zagraniem dla sezonu ogółem.

W każdym razie – odcinek ciepło przywitał starych fanów Agentów i wszystkim co najlepsze zaprosił na jeszcze jedną, ostatnią przygodę, kończąc naturalnie, a nie poprzez cięcia stacji, swój siedmiosezonowy bieg.

Zapraszamy do dzielenia się wrażeniami na naszym forum!