Dzisiaj przyjrzymy się drugiemu, trzeciemu i czwartemu odcinkowi siódmego sezonu Agentów T.A.R.C.Z.Y. i podróżach drużyny po historii tytułowej organizacji.

Uwaga na spoilery!

“Aby uratować T.A.R.C.Z.Ę., musimy uratować Hydrę”.

Ten jeden cytat przedstawił dominujący motyw sezonu. Drużyna zmaga się z dylematami nawet tak ciężkimi, jak pomoc swojemu największemu wrogowi, aby zachować płynny bieg czasu. A oprócz fabularnych zabiegów, prowadzi to również do przyjemnych fanom wątków – w końcu wydarzeniem, którego Agenci mieli za zadanie ochronić w drugim odcinku, było dostarczenie Hydrze składnika Serum Super Żołnierza opracowanego przez Abrahama Erskine’a, które miało zostać użyte najpierw przez Red Skulla. Powiązań z filmami nigdy nie za wiele!

Rozterki bohaterów kończyły się na sprzeczce, czy Hydra jest na pewno warta ratowania. Za zabiciem Freddy’ego Malicka opowiedziała się Daisy. Kontrowersyjne, kierowane emocjami decyzje kontynuują wewnętrzne konflikty postaci, przez które sama zrzekła się pozycji dyrektora w 5. sezonie. Ostatecznie udaje się jednak ocalić ówczesną Hydrę, co jednak rozbudziło wątpliwości Deke’a w stosunku do słuszności działań T.A.R.C.Z.Y.

Drugi odcinek pokazał również, co się stało z May. Od czasu jej odrodzenia nie jest sobą – nie zareagowała nawet zbytnio na powrót Coulsona, zostawiając nutkę tajemniczości co do jej nietypowego stanu.

Pomimo wszystkich ciężkich wątków drugiego sezonu, nie brakuje tutaj humoru. W tym odcinku “gwiazdami” ponownie byli Koenig i Enoch, którzy zakończyli wspólnie odcinek, wyjaśniając widzom serialowe zasady podróży w czasie. Agenci, starając się nie wpłynąć na linię czasową, mimo wszystko zostawiają po sobie niechciane ślady. Następnie okazuje się, że w oryginalnej linii czasowej musiało stać się to samo. Wskazuje na to zainteresowanie robotyką przez Koeniga, które wzbudził w nim właśnie Enoch. Najwyraźniej występujący w poprzednich sezonach Koenigowie są jednak LMD, a przynajmniej w jakimś stopniu z nimi powiązani.

Stopniowo rozczarowują jednak Chronicomowie. Pomimo urozmaicenia ich wątku poprzez wprowadzenie Sibyl w trzecim odcinku, używani są oni jedynie jako pretekst do odwiedzania różnych okresów czasowych… co tak naprawdę nie jest wielkim minusem, jako że fabuła tego sezonu skupia się właśnie na samej T.A.R.C.Z.Y. – na drużynie, ich relacjach, emocjach i historii organizacji, a nie na walce ze złem.

Trzeci odcinek zaprowadził nas do lat 50. i ponownie wywołał pozytywne wrażenie oddaniem klimatu tego okresu – muzyka, wystrój, samochody i przede wszystkim stroje, w których widzimy naszych agentów. Sezon ten stawia na zabawę konwencją, a jednocześnie łączy to z fabułą – w końcu przebrania są elementem działania pod przykrywką. I kolejny raz postacie “przemawiają ludzkim głosem” – im też ta zabawa się podoba.

Kolejny raz muszę pochwalić serial za humor. Przez cały odcinek pojawiało się tyle zabawnych wątków i pojedynczych żartów, a pomimo tego ani trochę nie zaburzyli klimatu, a nawet – jak zresztą zwykle – dodali naturalności postaciom. Bawią kolejne żarty z rasizmu danego okresu (i Deke, dla którego nie jest on do końca zrozumiały), ze stanu ówczesnej technologii (“daj mi godzinę, a oszczędzę im dekadę”) oraz sposoby Jemmy i Coulsona na sprawdzanie człowieczeństwa pracowników – a zwłaszcza Phil ucieszony możliwością wykonania słynnego testu z Łowcy Androidów. Na szczególne wyróżnienie zasługuje również końcówka i “kosmiczni komuniści z przyszłości”.

Ale co najważniejsze – do obsady dołączył Daniel Sousa, kontynuując wątki fabularne z serialu Agentka Carter! Już w pierwszym odcinku, w którym się pojawił, wspomniano o wydarzeniach, które mogły zostać ukazane w anulowanym trzecim sezonie serialu – Sousa nie jest już w relacji z Peggy, a także powstrzymał on Hugh Jonesa i jego Council of Nine, które, wnioskując po logo, było jedną z ukrytych gałęzi Hydry. Sam Sousa, z charakterystycznym dla niego humorem, świetnie uzupełnia dynamikę drużyny… ale to już bardziej w kontekście czwartego odcinka.

W czwartym odcinku twórcy puścili wodze fantazji i cały odcinek stworzono na wzór filmów noir z lat 50., co wyszło genialnie! Całość odcinka utrzymana w czarno-białych barwach, narracja Coulsona, dramatyczne dialogi, zwroty akcji mające swoje zwroty akcji, wątki szpiegowskie… a to wszystko wytłumaczone w kontekście fabuły – odcinek poprowadzono z perspektywy LMD-Coulsona, który w wyniku awarii stracił percepcję barw i słyszał własne monologi.

Fabuła odcinka opierała się na historycznym ostatnim dniu życia Daniela Sousy. Ciekawym zabiegiem było stworzenie tajnej misji, która pomimo obecności przez całość odcinka, nie była niczym istotnym, ani nie wyjaśniono jej szczegółów. Miała po prostu dodać kolejnego elementu klimatu filmów noir. Głównym wątkiem była jednak pomoc Sousie i wątpliwości przy zmianie biegu historii. Yo-Yo i Deke nie do końca zgadzają się z resztą drużyny podczas ich stereotypowo szpiegowskiej misji i ostatecznie zgadzają się zmienić bieg historii w razie potrzeby w przyszłych odcinkach. Rozluźnianie napięcia kolejny raz przypadło Enochowi, który stopniowo coraz bardziej godzi się ze swoją rolą łącznika – miejmy nadzieję, że już wkrótce z powrotem dołączy do drużyny.

W czwartym odcinku wyjaśniło się wreszcie nietypowe zachowanie May – po wizycie w wymiarze Izel straciła własne emocje i od teraz odczuwa obce wrażenia poprzez dotyk. Agenci dostali więc swoją Mantis… albo jest to paralelizm w stosunku do misji May w Bahrajnie, gdzie zabita przez nią dziewczynka operowała właśnie podobną mocą. Samo otrzymanie przez May mocy związanej z emocjonalnością jest ciekawym zabiegiem, zwłaszcza po jej przeżyciach w 6. sezonie, kiedy zmagała się ze stratą Coulsona.

Do akcji kolejny raz niespodziewanie wkracza Hydra, która to właśnie miała zabić Daniela Sousę, podejrzewającego jej infiltrację w T.A.R.C.Z.Y. Powraca również Wilfred Malick, którego widzieliśmy w pierwszych dwóch odcinkach – tym razem już na czele ukrytej organizacji. Cieszy fakt, że twórcy wykorzystują w ostatnim sezonie motyw podróży w czasie do uzupełnienia wątków, które być może już nigdy nie powrócą w innych produkcjach MCU.

Za to w kontekście samego odcinka ciekawe jest połączenie wątku Hydry i Chronicomów – być może w drugiej połowie sezonu Agenci będą musieli zmierzyć się z wrogiem powiązanym z obiema grupami antagonistów.

Ale co najważniejsze w odcinku – Agentom udało się zmienić historię, ratując Sousę… poprzez sfałszowanie jego historycznej śmierci i zabranie go ze sobą do drużyny! Tym samym dla ówczesnej ludności naprawdę doszło do śmierci agenta i linia czasowa została nienaruszona. Wciąż jednak nie wiadomo, czy twórcy zamierzają ograniczyć się do teorii multiwersum, czy występuje tutaj rodzaj podróży w czasie sugerujący, że nie można zmienić przeszłości, bo w prawdziwej przeszłości też przybyli agenci z jeszcze innej alternatywnej przyszłości… Wskazywałoby na to powstanie LMD-Koenigów, którzy prawdopodobnie powstali przez interferencję Enocha. Odpowiedzi prawdopodobnie doczekamy się w przyszłym odcinku, kiedy dowiemy się, jaki wpływ na historię stworzył Chronicom, który został porzucony w 1955 roku, aby współpracować z Hydrą.

Po świetnym pierwszym odcinku dostaliśmy jego poprawną, przyjemną kontynuację. Następnie odcinek trzeci przypomniał nam, za co kochamy Agentów, łącząc intrygę z humorem, a odcinek czwarty przez swoją oryginalność zostanie prawdopodobnie zapamiętany jako jeden z najlepszych odcinków serialu.

A w kolejnym odcinku – lata 70.!