W szóstym odcinku poznajemy rozbitą grupę z emocjonalnej strony. Agenci, poza podróżami w czasie, mierzą się także z demonami własnej przeszłości.

Uwaga na spoilery!

Szósty odcinek siódmego sezonu kontynuuje rozdzielenie wątków drużyny. Twórcy wykorzystują to jednak, aby uczynić ten odcinek bardziej osobistym, skierowanym na przeżycia poszczególnych postaci. Łącząc to z motywem całego sezonu, bohaterowie mierzą się z powracającymi wydarzeniami z przeszłości.

Największy konflikt wewnętrzny przebył Mack. Jego zadaniem było uwolnienie własnych rodziców w okresie, kiedy był jeszcze dzieckiem, a więc nie mógł zdradzić im, kim jest. Przyjemne emocje budzi powrót do bliskich relacji Maca z Yo-Yo, z którą to właśnie wyruszył na misję i z którą ponownie dzieli uczucia. Jak same postacie podkreśliły, to dość ciekawy sposób na przedstawienie dziewczynie swoich rodziców. Sam Mack wielokrotnie nie mógł ukryć swoich emocji, kiedy ponownie zobaczył rodziców w ich młodości.

Sytuacja jednak skomplikowała się, gdy… okazali się oni Chronicomami, co jednocześnie oznacza śmierć prawdziwych rodziców. Mack coraz częściej pokazywany jest od swojej wrażliwej, niepewnej strony, co tym bardziej zostało uwydatnione przez konieczność walki z sobowtórami rodziców. Nie mogąc sobie poradzić po wyrzuceniu ich z samolotu, Mack pragnie odpocząć w samotności. Deke zamierza mu pomóc, a po niespodziewanym skoku w czasie pozostawia to ich samych w nieznanym okresie czasowym. Emocjonalna strona połączyła się zatem z fabułą, prowadząc do niespodziewanego zwrotu akcji.

Rozwinęła się także relacja pomiędzy Daisy a Sousą, zapoczątkowana w poprzednich odcinkach. Nathaniel Malick pragnie przejąć moce Daisy na wzór przejęcia mocy jej matki przez Daniela Whitehalla, co przypomina Sousie o wydarzeniu z jego przeszłości, kiedy to on był w potrzebie. Dotrzymuje on towarzystwa Daisy i dzieli się historią, zapewniając ją, że nie zostawi jej tutaj. Wyraźnie widać, że rodzi się między nimi zaufana przyjaźń.

Malickowi udało się częściowo przejąć moce Daisy, jednakże jego ciało nie było na to gotowe – pękają mu kości i niekontrolowanie zawala budynek. Sousa pomaga Daisy uciec, a po powrocie do drużyny uznaje, że woli zostać z nimi, niż “wysiąść” w latach 70. Twórcy w krótkim czasie zdołali szeroko rozwinąć charakter Daniela, tworząc z niego prawowitego członka drużyny.

Powoli wyjaśnia się także wątek Fitza i Simmons. Para ukrywała się w niedostępnym dla Chronicomów miejscu, aby móc się im przeciwstawić. Fitz został w tym miejscu, aby wysyłać drużynie wskazówki. Jemma za to narażona jest na próbę pozyskania informacji o lokalizacji Fitza, a więc za pomocą specjalnego urządzenia czyści poszczególne obszary własnej pamięci.

Przyjemnym momentem było zmuszenie Deke’a przez Jemmę do przeproszenia Enocha za niepotrzebny atak i oświadczenie mu, że jest częścią ich rodziny – w końcu Enoch pełni niezwykle ważną rolę zarówno dla Fitza, jak i Jemmy. A jednocześnie każdy kolejny moment pokazujący odczucia Enocha wywołuje uśmiech na twarzy.

Kolejnym duetem jest Coulson i May. Z ich intensywnej dyskusji dowiadujemy się, że May mimo wszystko czuje komplikacje sytuacji powrotu Coulsona i nie jest w stanie przywiązywać się na tyle, żeby później kolejny raz opłakiwać jego śmierć. Jednocześnie sam Coulson też nie czuje się swobodnie będąc jedynie kopią prawdziwego Phila, ale też zauważa korzyści z tego płynące.

Poza własnymi rozterkami, Coulson i May ratują generała Ricka Stonera przed Chronicomami, który przyznaje się do błędu i zaczyna im wierzyć – swoją drogą, niezwykle cieszy mnie tempo fabuły i jak szybko i bez przedłużania realizowane są wszystkie wątki. Spodziewać się można było typowego przetrzymywania w bazie i wieloodcinkowego tłumaczenia się z bycia po ich stronie, a tutaj wszystkie elementy załatwiono w kilkuminutowym pobocznym wątku.

W rozmowie z wieszczką Sybil, Coulson przedstawia różnice pomiędzy ludźmi a Chronicomami. Sama Sybil przedstawia swoją rasę w ciekawszy sposób, dodając od siebie drobne emocje. Coulson kontruje ją, ale także zaznacza podobieństwa między nimi. Dostajemy tutaj klasyczną, piękną przemowę Phila, w której podkreśla ludzkie cechy, takie jak poświęcenie. Mówi też o sobie i o utraceniu strachu przed śmiercią – “Umieranie to w pewnym stopniu moja supermoc”. Przechodząc do sedna, Coulson wypełnia zapowiedzi swojej przemowy – nieustraszenie poświęca się, niszcząc “statek” Chronicomów. Przy okazji odzwierciedla to sytuację z 4. sezonu, kiedy to LMD May poświęciła się dla drużyny.

Wątek kończy May, która w spokoju tłumaczy, że śmierć LMD Coulsona nie ma znaczenia – “On wróci. Zawsze wraca”. Jest to niezwykle ciekawie obrany kurs w stosunku do całej 7-sezonowej historii serialu, a także wcześniejszych filmów. Wątek śmierci i odrodzenia Coulsona towarzyszył serialowi przez długi czas. Jednakże jego druga, prawdziwa śmierć wydawała się już ostateczna. W szóstym sezonie powrócił jednak jako ciało, w którym zamieszkał antagonista drużyny. Po każdej ze śmierci Coulsona bądź kogoś, kto nosił jego ciało i elementy pamięci, May była w ciężkim stanie. Widzowie zastanawiali się, czy przywrócenie Coulsona w postaci LMD jest na pewno dobrym pomysłem – czy nie będzie to zbyt “tanie” rozwiązanie, aby kolejny raz przywrócić tego samego bohatera. Postacie w serialu wyrażali to samo uczucie – nikt nie wiedział, jak na to reagować. Szósty odcinek sprowadził jednak całą historię do jednego momentu – Phil Coulson nie może umrzeć. Śmierć nie ma znaczenia, kiedy pozostaje ważny i potrzebny jego bliskim. Kolejna śmierć nie była już tragedią, czekamy teraz jedynie na kolejny powrót – bo zawsze wraca.