Dwa kolejne odcinki Agentów to kolejne dwa różne pomysły na odcinek. Tym razem mamy do czynienia z kinem lat 80. klasy B i niepostarzanym już dramatem psychologicznym.

Uwaga na spoilery!

Siódmy odcinek Agentów zabiera nas do lat 80. – zarówno dosłownym czasem akcji, jak i samą formą. Myślę, że od tego warto zacząć: odcinek polega na opowiadaniu Melindzie historii przez Deke’a, co ma przypomnieć tradycyjne filmy oparte na schemacie fabuły poprzez retrospekcje… i do niczego to nie dąży. Nie ma nawet zakończenia rozmowy Deke’a i May. Po prostu wykorzystano ten element jako bezsensowną formę przekazania treści, co jest na swój sposób genialne.

Ale nie cały odcinek jest warty pochwalenia. Wiele elementów, zwłaszcza pierwsza połowa odcinka ma poprawnie wykonane elementy potrzebne dla historii cierpiącego Macka, ale nie ma na siebie pomysłu. Przeczekujemy więc fragmenty, w których niewiele się dzieje, jednakże nie występują tu też żadne grzeszki kreatywne. Odcinek może wydawać się inny głównie przez bardzo szybkie tempo pierwszej połowy sezonu, podczas gdy ten jest chwilą oddechu, przedstawiającą poboczną historię Deke’a i Macka.

Odcinek wyjątkowo skupił się na rozwinięciu Macka i pokazaniu jego wewnętrznych przeżyć. Po ciągłym ratowaniu świata i wielu cierpieniach, bohater przerzuca się na zupełny brak działania. Po początkowych mniej zrozumiałych działaniach, jak opuszczenie Deke’a w nieznanym mu miejscu i czasie, stopniowo odcinek przechodzi w opowieść przeżyć z jego perspektywy. Mack chętnie wsparłby młodszą wersję siebie, pragnie stworzyć dla niego (siebie?) prezent, ale poprzednie przeżycia, a zwłaszcza utrata rodziców, powodują u niego wielki stres i niepewność.

Deke za to kolejny raz zaskakuje swoją zaradnością, pomysłowością i przywiązaniem. Pomagał obu wersjom Macka i przede wszystkim stworzył całą przykrywkę zespołu (co jest oczywiście najjaśniejszym punktem odcinka – koncert, piosenka i przebranie Deke’a są wspaniałe!), aby kontynuować operacje jako agent – a nawet tymczasowy dyrektor niewielkiego zespołu – T.A.R.C.Z.Y. Jego zespół, choć indywidualnie już po odcinku ciężko zapamiętać imię któregokolwiek z członków, prezentował się naprawdę zabawnie.

Twórcy postawili w odcinku na pełną zabawę konwencją i wrzucili masę nawiązań do filmów z lat 80. Łowcy Chronicomów wyglądali jak przerysowani z filmu Roboty śmierci, a jednocześnie krzyczały “Exterminate!” jak w Doctorze Who, Mack w późniejszym przebraniu przywoływał na myśl Rambo i nie zabrakło również odwzorowania słynnej sceny z Predatora. Oprócz tego pojawiało się wiele elementów naśmiewających się z filmów tego okresu, takie jak chociażby olbrzymie ilości krwi tryskającej na wszystkie strony.

Odcinek kończyła zapowiedź współpracy Sybil z Nathanielem Malickiem, który w końcu może nadal być w posiadaniu mocy Quake. Druga połowa seansu angażowała już widza dużo bardziej, a kolejne zabawne elementy rekompensowały wolniejszą pierwszą część, ale pomimo tego odcinek siódmy jest raczej drobnym spadkiem jakości po nieprzerwanej passie idealnych odcinków.

Ósmy odcinek w pełni już zajął się główną fabułą, pomijając zabawy konwencją i stylem obecnych czasów. Drużyna mierzy się z problemem z urządzeniem do podróży w czasie, który pracuje za szybko, przez co coraz częściej przenoszą się w przyszłość. Decydują udać się z Yo-Yo do Jiaying, która mogłaby pomóc Elenie odzyskać moce, aby mogła wyłączyć urządzenie pomiędzy jego krótszymi od sekundy fazami. Tak, do Jiaying – matki Daisy, którą poznaliśmy w 2. sezonie. Nic tak nie cieszy, jak naturalny powrót do starych wątków. Mogłoby się wydawać, że przedłużenie serialu o 2 sezony po stworzeniu prawdziwego zakończenia, będzie wydawać się “na siłę”, jednakże twórcy kolejny raz pokazują, że są w stanie nadal rozbudowywać wątki z wieloletniej już historii serialu. Miło było zobaczyć ponownie Afterlife, Gordona czy właśnie samą Jiaying, kiedy jeszcze była skłonną do pomocy osobą, zanim została porwana i torturowana przez Hydrę.

Odcinek opiera się w głównej mierze na rozwoju charakteru Yo-Yo i jej relacji z May. Pomaga w tym nowo nabyta zdolność Melindy – może teraz odczuwać czyjeś emocje na odległość. Wykorzystywane jest to w niezwykle ciekawy sposób – poza samymi emocjami okazywanymi przez Elenę bądź inne osoby, widzimy je dodatkowo po wyrazie twarzy May. Pierwszy raz pokazane jest to, kiedy Yo-Yo śmieje się, że May podsłuchała emocje Eleny i Macka podczas ich… “powrotu do siebie”.

Wraz z rozwojem wydarzeń dowiadujemy się, że blokada Yo-Yo nie wzięła się z fizycznego zatrucia, a leży w jej psychice. Pomimo początkowych wątpliwości, bohaterki zaczynają ufać Jiaying, która poza samą pomocą Elenie pragnie też wykorzystać sytuację do własnych celów. Poznajemy tutaj jej córkę, a więc i siostrę Daisy, Korę – Inhumankę, która posiada niezwykle destrukcyjną moc. Jiaying pragnie pomóc Korze przez znalezienie sposobu na zabranie jej mocy. Kora, nie mogąc znieść, ile zniszczenia niesie, popełnia samobójstwo. A raczej tak postąpiła w oryginalnej linii czasu – tutaj chroni ją przed tym Nathaniel Malick, który wykorzystuje ją do ataku na Afterlife i chęci przejęcia mocy przebywających tu Nieludzi.

Malick kreowany jest na ten typ charyzmatycznego złoczyńcy, którego widz nienawidzi tak bardzo, że czeka tylko na moment, w którym drużyna się go wreszcie pozbędzie. Świadczy to jednak o dobrym napisaniu charakteru postaci, bo właśnie takim antagonistą ma być Nathaniel. Jest okrutny, pojawia się zawsze w niespodziewanym momencie, jeszcze gorzej psując sytuację, a jednocześnie wyraża się w pełnych ironii i humoru, bezsilnych zdaniach. Najważniejsze jednak, że jest jakimkolwiek pełnym charakteru przeciwnikiem, bo tego od pewnego czasu brakowało w serialu.

Wracając do Yo-Yo, bo to o niej jest ten odcinek, poznajemy jej ukrytą do tej pory traumę. Elena sama nieświadomie blokuje własne zdolności, nie mogąc pokonać swojego poczucia winy i strachu. Dowiadujemy się, że do teraz ciężko wspomina, kiedy została zaatakowana przez Shrike, scenę śmierci Tess, a także dalej ciąży na niej zabójstwo Ruby. Yo-Yo podzieliła się także wspomnieniem z dzieciństwa, w którym obwinia się za doprowadzenie do śmierci wujka. W wielu przypadkach działania Eleny łączą się z jej impulsywnością i chęcią wrócenia do poprzedniego, bezpieczniejszego stanu rzeczy. Podświadomie boi się, że może doprowadzić do kolejnych tragedii.

Po powrocie do “bazy”, drużyna jako plan awaryjny przygotowuje się na najgorsze – musieć wyskoczyć z samolotu i zostać w latach 80. Biorąc pod uwagę cały rozwój z pobytu w Afterlife, Elena zauważa, że nie powinna zawsze dążyć do tego powracania do bezpiecznej pozycji… I nie tylko w metaforycznym znaczeniu – Yo-Yo ze strachu przez całe życie w ten sam sposób ograniczała swoje zdolności, próbując po biegu wrócić do pozycji, z której zaczynała. W kulminacji wszystkich jej przeżyć i przemyśleń, udaje się jej użyć mocy – i do tego nie wracając na “start”. Yo-Yo ratuje tym samym drużynę… nawet jeśli chwilę później następuje kolejny zwrot akcji – Zephyr nadal przenosi się w czasie.

Odcinek ten silnie skupia się wokół kilku wydarzeń z życia i psychiki Yo-Yo, które następnie łączą się tym właśnie wspólnym motywem. Pomimo tego, że fabuła nie przeszła znacząco dalej, to odcinek ten był jednym z lepszych pod względem prezentacji i rozwoju psychiki postaci.

Poza Yo-Yo, dużą rolę w odcinku odgrywa May, a przede wszystkim rozwój jej relacji z Eleną i pokonanie własnych barier emocjonalnych, pomagając jej zrozumieć swoje uczucia. A oprócz tego, jej docinki – zimno i humorystycznie komentując wydarzenia, Melinda często oddawała zażenowanie nie tylko swoje, ale także Eleny, czując jej emocje. W Zephyrze każda postać dostała zaś kilka sekund dla siebie. Warto podkreślić krótką rozmowę Deke’a, Sousy i Enocha, między którymi dochodzi do zabawnych sytuacji spowodowanych brakiem wzajemnego zrozumienia – w końcu każdy z nich nie jest “stąd” – a także nagranie Jemmy skierowane do Fitza, w którym okazuje swoją tęsknotę.

Krótki moment poświęcono także Coulsonowi i jego zmęczeniu taką formą życia. W rozmowie z Daisy opowiada, jak przez półtora roku funkcjonował jedynie jako oprogramowanie, nie mogąc się ruszyć, aby znowu powrócić do ciała LMD. Z ironiczną pogardą mówi o własnych emocjach, wiedząc, że to jedynie sztuczne odwzorowanie uczuć prawdziwego Coulsona. Dalej ciągnie to wątek niepewności co do odradzania się Phila. I o ile pogodził się już on z umieraniem, nie pogodził się jeszcze z życiem.