Dziewiąty odcinek jest debiutem reżyserskim Elizabeth Henstridge… i zdecydowanie najlepszym odcinkiem sezonu, a dziesiąty przygotowuje już na finał serialu.

Uwaga na spoilery!

Pętla czasowa – idealny sposób na stworzenie odcinka, który pogłębi relacje postaci, rozwinie ich osoby i wprowadzi genialny element idealnie pasujący do fabuły. Ekipa Zephyra zbliża się coraz bardziej do burzy czasowej, co grozi ich zniszczeniem przez zmniejszenie do rozmiarów poniżej atomu (wymiar kwantowy?). Jedynymi osobami, które pamiętają kolejne wystąpienia pętli są Daisy i Coulson… co stanowi emocjonalny powrót do najważniejszej dynamiki serialu.

Relacja Daisy i Coulsona była w odcinku dziewiątym wspaniale rozwinięta. Coulson kolejny raz okazuje swoje obawy związane z życiem jako maszyna, a także tłumaczy, jak ciężkie jest patrzenie na czyjąś śmierć, wielokrotnie. Daisy słusznie zauważa, że właśnie przez to przechodziła wraz z każdą kolejną śmiercią Phila. Duet jednak kontynuuje współpracę i stara się wymyślić sposób na wydostanie się z pętli. Fabuła ciekawie wykorzystuje poznawanie zasad i kolejnych etapów dzięki jej powtórzeniom. W efekcie Coulson i Daisy postanawiają przywrócić ukryte wspomnienia Simmons, jednak na przeszkodzie staje im Enoch, zaprogramowany, aby chronić wspomnienia Jemmy.

Sam pomysł przedstawienia zapętlenia czasu jest godny podziwu. Podwójne intro, powtarzające się ujęcia, powtórne rozgrywanie scen i ich modyfikowanie to pierwsze elementy, które pojawiają się w odcinku. Przez resztę odcinka sprytnie wykorzystywana jest powtarzalność wszystkich zdarzeń, metoda prób i błędów, tworzenie drobnych wariacji i jednocześnie niezwykłe wykorzystanie i humoru, i tragizmu.

Odcinek ten, pomimo silnych późniejszych motywów, jest możliwie najśmieszniejszym odcinkiem sezonu. Kolejne porażki drużyny kończą się zwykle znudzeniem Coulsona i Daisy, widocznym zmarnowaniem i zabawną frustracją. Kreatywnie przedstawiano kolejne warianty próby przeciwstawienia się Enochowi, który za każdym razem pokonywał drużynę, zostawiając ich ledwie żywych… bądź nieżywych. Co nie stanowiło problemu – nikt nie przejął się śmiercią Deke’a, bo i tak wróci.

W dziewiątym odcinku poruszono mocniej relację Daisy i Sousy. Daniel okazuje wreszcie swoje uczucia, podkreślając, jak silną i bohaterską osobą jest Daisy oraz jaki miała ona wpływ na niego. Ona zaś zauważa, że zawsze, kiedy potrzebuje pomocy, Sousa stanie za nią i zrobi co w jego mocy, aby stanowić wsparcie. Dochodzi do pocałunku postaci, finalizujący stan relacji, która na początek wydawała się niemożliwa. Być może w końcu Daisy zasłużyła na spokojną relację z kimś, z kim tak dobrze się uzupełnia.

Kiedy jednak udało się odzyskać wspomnienia Jemmy, odcinek obrał nowy kurs. Do zatrzymania pętli potrzebne było poświęcenie Enocha, który miał wykorzystać swoje “serce” do naprawy maszyny wykonującej skoki. Po usłyszeniu, jak wygląda sytuacja, bez dłuższego namysłu odpina on wymagane urządzenie, oddając swoje życie za resztę drużyny. W tym momencie występuje możliwie najsmutniejsza, najbardziej emocjonalna scena w całym serialu. Enoch umiera, a towarzyszący mu Coulson i Daisy rozmawiają z nim o istocie życia, śmierci i samotności. Kończą jednocześnie swoją sprzeczkę, związaną z trudem przeżywania swoich przyjaciół. Enoch stwierdza, że choć wielokrotnie był sam, dopiero po spotkaniu drużyny agentów T.A.R.C.Z.Y. zaczął odczuwać samotność, kiedy ich brakowało. Pojawia się tutaj piękne rozróżnienie, pomiędzy byciem samym, a samotnym. Enoch boi się odejść, nawet pomimo otoczenia przyjaciółmi, ponieważ będzie musiał to zrobić w samotności. Coulson zapewnia go jednak, że wcześniejsze odejście jest prostsze, a także dochodzą do wniosku, że skoro Enoch doświadczył już tyle śmierci otaczających go osób, tak jego odejście nie jest samotne. Scena ta jest niezwykle piękna, smutna i genialnie zrealizowana. Poświęcony jest odpowiedni czas na pożegnanie postaci, która na swój specyficzny sposób rozumiała życie i wniosła wiele do jego pojęcia. Ciężko wyobrazić sobie lepsze pożegnanie Enocha.

Przed śmiercią, Enoch zapowiada też, że widząc przyszłość, członkowie drużyny przetrwają, jednakże sama drużyna – nie. Wspomina również, że jest to ich ostatnia misja. Kolejny raz zatem wydarzenia serialu i jego postaci przekładają się na wrażenia fanów, którzy także ostatni raz doświadczą przygód bohaterów serialu – po tym odcinku zostały jeszcze jedynie 4, a po nich nastąpi koniec Agentów T.A.R.C.Z.Y.

Gwiazdą tego odcinka jest jednak bez wątpienia Elizabeth Henstridge – serialowa Jemma Simmons. Oprócz kolejnego świetnego występu jako Jemma, zwłaszcza w scenie, w której odzyskała pamięć i z płaczem i krzykiem nie mogła się pogodzić z tym, co zrobiła… to wyreżyserowała ten odcinek! Jest to debiut reżyserski Elizabeth, a jednocześnie jeden z najlepszych odcinków w historii serialu. Z pewnością, po niezwykle pozytywnym odbiorze odcinka, nie jest to ostatni raz kiedy zobaczymy (a raczej nie zobaczymy) Elizabeth za kamerą.

Odcinek dziesiąty jest już powrotem do szarej rzeczywistości, czyli zmaganiem drużyny z niezwykle charyzmatycznie nieznośnym Nathanielem Malickiem. Mając więcej czasu dla siebie w tym odcinku, rozwinięto jego postać i pozwolono na jeszcze większe znienawidzenie ze strony fanów. I to wcale nic złego – Malick jest bardzo dobrze napisanym antagonistą, a Thomas E. Sullivan świetnie przedstawia podłego, dumnego złoczyńcę.

Na samym początku Malick rekrutuje Johna Garreta – głównego antagonistę z sezonu pierwszego. Miłym gestem jest obsadzenie w roli młodego Garretta syna zmarłego Billa Paxtona, Jamesa Paxtona. I choć aktorem nie jest on najlepszym, to od razu widać podobieństwo między ojcem i synem.

Malick szykuje dla siebie armię zwolenników, którym przekazuje moce zabrane wziętym w niewolę Nieludziom z Afterlife. “Skracaniem cierpień” Inhumans zajmuje się Kora, która coraz lepiej panuje nad swoimi mocami i jednocześnie coraz bardziej oddana jest Malickowi. Tym samym Garrett otrzymuje od Gordona moc teleportacji, a samą nazwę tego zjawiska podpowiedział mu z humorem Coulson. Sam dialog pomiędzy Philem a Johnem jest niezwykle zabawny – zaczynając od żartów Garretta z ilości śmierci Phila, które zobaczył w przyszłości, przez żart z samego Lokiego i kończąc na Coulsonie mówiącym do Garretta “Nic się nie zmieniłeś… i jestem świadomy, że to zdanie nie ma sensu”.

W bazie T.A.R.C.Z.Y. pojawia się Jiaying. Daisy, zachęcona przez Sousę, decyduje się porozmawiać z matką, nie przyznając się jednak do tego, kim dla niej jest. Poznaje tu inną stronę swojej matki, jednakże mimo tego nie wie, jak ma o niej myśleć. W drugim sezonie Jiaying próbowała zabić Daisy, mówiąc, że zawsze myślała, że to ona jest jej największym darem, a jednak jest to jej moc. Tutaj usłyszała coś zupełnie innego – zawsze myślała, że jej moc jest największym darem, ale jednak jest nim jej córka… Kora. Daisy zobaczyła swoją matkę od innej strony, ale nie pomogło to w uczuciu skrzywdzenia – zawsze dążyła do poznania swoich rodziców, kiedy wreszcie poznała Jiaying, okazała się ona bezuczuciową morderczynią… a teraz dodatkowo poczuła, czego jej brakowało, słysząc, jak z uczuciem mówi o miłości do córki, której nigdy nie doświadczyła.

Malick przenosi się z Garrettem do bazy drużyny z chęcią uprowadzenia Simmons. Garrett powoli opanowuje nowe moce od Gordona, nie radząc sobie jednak w walce z May, a sam Gordon ginie w wyniku obrażeń, jakie odniósł podczas procesu przekazania mocy. W międzyczasie Malick rozbudza konflikt pomiędzy Daisy i Jiaying, opowiadając matce ich historię z przyszłości. Dochodzi do walki, w której Malick zabija Jiaying, co doprowadza do groźnego objawienia mocy Quake… które jednak do niczego nie prowadzi. Daisy za to drugi raz przeżywa śmierć swojej matki. Twórcy serialu tym samym kolejny raz znajdują sposób na sprawienie cierpienia u Daisy, która już i tak coraz gorzej się trzyma. Być może doprowadzi to do pełnej agresji finałowego starcia w ostatnim odcinku.

Malick i Garrett uciekają, uprowadzając Jemmę. Potrzebują jej, aby… odnaleźć Fitza! I powstrzymać go, ponieważ według Sybil, to on jest powodem jego porażki we wszystkich wariantach przyszłości. Na statku znajduje się jednak jeszcze Deke, który prawdopodobnie rozegra główną rolę w starciu na pokładzie. A przy okazji – powoli staje się nowym Star-Lordem, do którego nawiązaniem muszą być walkman z ręcznie podpisaną kasetą z “Vol. 2” i pomarańczowe słuchawki.

Następny odcinek Agentów jest ostatnim przed dwuodcinkowym finałem. Oznacza to, że już za niecałe 2 tygodnie będziemy zmuszeni pożegnać się z serialem po siedmiu latach przygód. Jedno jest pewne – showrunnerzy całym siódmym sezonem stworzyli silne zakończenie serialu. Miejmy nadzieję, że równie dobrze będziemy mówić o finale.